“Aby zostać mistrzem musisz pobić mistrza” – czyli o kontrowersjach w walkach mistrzowskich

0
189

Oryginał cytatu ztytułu brzmi “If you want to be a champ you must beat a champ”. Oczywiście motywacją do napisania tego artykułu była walka Mameda Chalidova z gali KSW 35. Oczywiście nie zgadzam się z jej wynikiem, a co gorsza – rozumiem czemu werdykt był taki, a nie inny.

Dla zachowania chronologii wróćmy jednak do walki z gali Glory 25 z listopada 2015 roku, gdzie także stawką był pas mistrzowski. Robin van Roosmalen miał bronić trofeum w pojedynku z tajską rewelacją o imieniu Sittichai. Młody Taj niemiłosiernie okopywał Holendra przez pięć rund. Walka wyglądała jakby toczyła się do jednej bramki. Jedyne czym od czasu do czasu zaskakiwał RvR to akcje bokserskie, którymi trafiał, choć nie wszystko omijało szczelną gardę Taja. Ostatecznie rozbrzmiało “And sitll” i w środowisku zawrzało.

Za siejącymi teorię spiskowe przemawiało wiele. Holender, wywodzący się z Golden Glory, gala w Europie, matchmaker z Golden Glory, nudny styl walki RvR… Wreszcie Sittichai, który wyrastał na problem dla Glory, bo jego potencjał marketingowy w Europie i USA jest niemal równy zeru… Jednak statystyki “post fight” mówią jakoby vsn Roosmalen trafiał więcej i częściej. Sam zainteresowany nawet publikuje w mediach społecznościowych zdjęcie nieobitych żeber z pytaniem gdzie te zniszczenia.

sit

Walka w oczach kibiców była zdecydowanie wygrana przez Sittichaia, a to z uwagi na styl jaki przyjął na ten pojedynek Robin van Roosmalen. Kiedy na spokojnie obejrzałem walkę po raz drugi i po raz trzeci zacząłem rozumieć powody decyzji arbitrów. Czy mistrz został zdominowany? Tak. Czy mistrz został pobity? Niekoniecznie… Holender, zamknięty za podwójną gardą, przyjmował kopnięcia Taja na blok i raz za razem wyprowadzał bokserskie kontry. Choć te nie zrobiły zbyt dużego wrażenia na reprezentancie gymu Sitsongpeenong to jednak były punktowane, w przeciwieństwie do kopnięć na blok.

niekty

Idźmy dalej. Druga walka mistrzowska na Glory i druga kontrowersja. Mam na myśli pojedynek Niekiego Holzkena z Murtelem Groenhartem z gali Glory 26 w Amsterdamie. Tym razem teoria spiskowa jest trochę mniej zasadna, bo w ringu amsterdamskiego Rai mieliśmy 2 holendrów 🙂

Przed walką niewiele osób dawało jakiekolwiek szanse Murtelowi. Jednak tego dnia, trenujący pod okiem Wielkiego Mike’a zawodnik, wspiął się na wyżyny i śmiało można powiedzieć, że miał swój dzień. Holzken znany jest z tego, że w swoich walkach rozkręca się powoli (tzw “late starter”) ale w tej walce ewidentnie nie był sobą. Ostatecznie ogłoszono werdykt 2:1 na jego korzyść i w kickbokserskim świecie zawrzało.

Powyżej widzicie statystki z tego pojedynku. Murtel przeważał w niemal każdym aspekcie, ale mimo to walki nie wygrał. Oglądając walkę jednak nie widać tego co oddają statystki. Walka wydawała się wyrównana i to między innymi przez doświadczenie mistrza, który mówiąc najprościej nie dał po sobie poznać, że ciosy Murtela robią na nim wrażenie.

Organizacja tłumaczyła się z werdyktu między innymi cytatem z początku artykułu. If you want to be a champ, you have to beat a champ. Murtel nie zrobił dość by zdobyć pas, bo niedostatecznie skarcił Niekiego. Czy to fair? Nie dla drużyny Murtela. Nie dla fanów. Więc dla kogo? Wydaje mi się, że takie podejście do sędziowania w pojedynkach mistrzowskich jest wygodne jedynie dla organizacji.

Nieky Holzken jest obecnie bardzo popularny w Holandii. Do tego stopnia, że krajowa tv poświęciła jemu i jego rodzinie show z tych typu reality. Taki mistrz to skarb, tym bardziej, że od zeszłego roku organizacja regularnie gości na Rai Arena w Amsterdamie.

Nie twierdzę, że te dwie decyzje to ewidentne wałki. Punktując runda po rundzie, cios po ciosie, akcja po akcji ktoś być może znalazł zwycięstwa Niekiego i Robina. Chodzi mi o fakt, że takie sytuacje kreują tzw. “people champs”, którymi zostali młody Taj i Murtel.

Ten sport (jak i wiele innych) powstał dla zadowolenia gawędzi. To głodny krwi tłum, który klaszcze i gwiżdże na trybunach utrzymuje organizacje i zawodników i to temu tłumowi ma się “przypodobać” mistrz. Jeśli mistrz wygrywa, ale po nudnej walce zostaje nudnym mistrzem. Jeśli po drugiej stronie stoi zawodnik, który jest młodą rewelacją (jak Taj) lub odrodzonym weteranem (jak Murtel) tym gorzej.

To co widzieliśmy w Polsce podczas KSW 35 w ERGO Arena przewyższa pod względem poziomu kompromitacji dwie powyższe walki razem wzięte. Ponownie – nie twierdzę, że Mamed to przegrał. On ośmieszył siebie, KSW, instytucję pasa mistrzowskiego organizacja, a co najgorsze – kibiców. Wygrywał przez 10 lat, wygrał i teraz po tragicznej walce. Pas został w Polsce i wszystko pewnie zaraz ucichnie.

Aziz nie zrobił dość by wygrać tą walkę. Nie pobił mistrza. Ale poziom przygotowania do tej walki Mameda zakrawa o pomstę do nieba. Kondycji nie traci się w miesiąc. Zawodnik walczący na tym poziomie powinien być gotowy najmniej na 2 rundy walki na wysokim poziomie. Tłumaczenia się problemami osobistymi “o których zawodnik nie chce mówić” nie trafiają do mnie, bo walkę można odwołać/przełożyć, ale…. $$$ musi się zgadzać więc nikt na to nie wpadł.

Reasumując – walki mistrzowskie rządzą się swoimi prawami. Gdyby to ode mnie zależało nie istniałoby coś takiego jak pasy mistrzowskie. Ani w kickboxingu ani w MMA. To by wiele ułatwiło.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*