Jerzy Pilarz – wywiad dla magazynu FightExpert

Wywiad przeprowadziła: Iwona Nieroda

Na co dzień nauczyciel w Zespole Szkół w Pstrągowej, małej miejscowości oddalonej o ok. 30 kilometrów od stolicy Podkarpacia – Rzeszowa. Poza wykonywaną pracą od wielu lat poświęca się swojej pasji jaką jest kickboxing, tworząc w liczącej niespełna 3 tysiące mieszkańców miejscowości klub sportowy o nazwie „Diament Pstrągowa”, którego wychowankowie to jedni z najlepszych kickboxerów w Polsce, a nawet na Świecie.

Rozmawialiśmy z trenerem Jerzym Pilarzem o jego marzeniach, które na przestrzeni kilku lat, poprzez ciężką pracę udało się urzeczywistnić. Zapytaliśmy jak to zrobił i czy przynosi mu to satysfakcję?

Łukasz Czarnowski: Może zacznijmy od początku cofając się wstecz o kilkanaście dobrych lat. Skąd w ogóle wzięła się u Ciebie pasja do kickboxingu?
Jerzy Pilarz: Musimy cofnąć się nie kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat wstecz. O kickboxingu jeszcze nikt nie wiedział, a mnie pasjonowały sporty walki. Chciałem trenować boks, a trafiłem jednak na salę treningową karate shotokan, następnie przez kilka lat trenowałem karate kyokushinkai. W czasie studiów próbowałem również boksu i zapasów. To był również czas, kiedy w Polsce pojawił się kickboxing, ale niewiele osób tak naprawdę wiedziało co to za sport. Kiedy zobaczyłem, na czym polega, zrozumiałem, że jest to najwszechstronniejszy sport walki, że to jest właśnie to co chciałbym trenować.

W jakim momencie życia w twojej głowie zaczęła rodzić się myśl o utworzeniu własnego klubu sportowego?
Był to początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy kontuzja wykluczyła mnie na dłuższy czas z czynnego treningu. Ukończyłem wówczas kurs instruktora kickboxingu i zacząłem prowadzić zajęcia z grupą w Polonii Rzeszów. Dojazdy do stolicy Podkarpacia pochłaniały sporo czasu, więc pomyślałem o utworzeniu sekcji w miejscowości, w której mieszkam i pracuję, czyli w Pstrągowej. Niestety z realizacją tych planów przyszło mi poczekać aż do roku 2001, kiedy to przy Zespole Szkół wybudowano nową salę sportową. Od tego czasu prowadzę zajęcia w mojej miejscowości. Niemniej jednak rejestracji klubu dokonaliśmy dopiero w 2003 r., kiedy to uznałem, że moi zawodnicy są w stanie rywalizować w zawodach krajowych. I tak się zaczęło.

Jak zareagowali twoi bliscy gdy powiedziałeś im o chęci utworzenia klubu kickboxingu?
Aplauzu nie było, ponieważ prowadzenie klubu wymagało poświęcenia dużej ilości czasu na treningi, wyjazdy na zawody. Klub nie otrzymywał żadnych dotacji, ćwiczący nie płacili składek. W takiej sytuacji oprócz pracy trzeba było również czasami dołożyć się finansowo, głównie do wyjazdów na zawody. A ja miałem rodzinę i pracę. Trudno było to wszystko pogodzić.

Mimo trudności jednak się udało i powstał klub, który działa do dziś. Dlaczego akurat nazwa „Diament”?
Nazwy klubów z niedawnej socjalistycznej przeszłości nie podobały mi się. Anglojęzyczne również nie przypadły mi do gustu. A w grupie ćwiczących, jeszcze nie w klubie, dało się zauważyć pierwsze „diamenty”. Może by tak postarać się je oszlifować? Diament to najtwardszy kamień, a po właściwym oszlifowaniu powstaje bardzo cenny brylant.

Jak wielkie oczekiwania miałeś rozpoczynając działalność klubu?
Początkowo większych oczekiwań w sensie sukcesów sportowych nie miałem. Przede wszystkim chciałem dać młodzieży jakąś alternatywę, czego mi w młodości bardzo brakowało. Oczywiście chciałem wyszkolić takich zawodników, którzy mogliby wystartować w zawodach rangi Mistrzostw Polski i być może zdobyć jakikolwiek medal. W miarę upływu lat, w zasadzie od roku 2003, kiedy to zdobyliśmy pierwsze medale podczas Mistrzostw Polski Juniorów marzenia stały się realne, a oczekiwania w miarę wyszkolenia zawodników, również rosły.

Czy utworzenie klubu w tak małej miejscowości jaką jest Pstrągowa, na dodatek promującego sport walki – kickboxing, nie niosło za sobą jakiś nieprzychylnych opinii wśród lokalnej społeczności?
Początkowo prawie nikt nie wiedział co to kickboxing. Wiedziano tyko tyle, że to sport walki, a sporty walki nie wszystkim przypadają do gustu. Nie było jednak przypadków, ażeby ktoś otwarcie był nam nieprzychylny. Myślę, że dobrymi ambasadorami kickboxingu byli moi zawodnicy, którzy w większości byli dobrymi uczniami. Ponadto, co do ich postawy, również nie można było mieć nic do zarzucenia, wręcz przeciwnie.

Trenujecie na sali gimnastycznej Zespołu Szkół w Pstrągowej, czy macie tam wystarczające warunki do treningu?
Warunki są całkiem niezłe. Oczywiście utrudnienia są tego typu, że przyrządy i przybory na każdym treningu trzeba rozstawiać , a po treningu chować do magazynu, ponieważ jest to sala szkolna. Nie posiadamy również własnego ringu, co również jest dużym mankamentem. Niemniej jednak, dzięki przychylności dyrekcji szkoły nie mamy problemów z korzystaniem z sali, a to już dużo.

Wychowałeś trzech mistrzów Świata – Iwonę Nieroda, Karolinę Dziedzic i Jakuba Filipka. Czy uważasz to za ogromny sukces w twojej pracy trenerskiej?
Niewątpliwie tak. Kiedy rozpoczynałem swoją przygodę z kickboxingiem nawet w marzeniach nie sięgałem tak wysoko. Aktualnie, kiedy stało się to faktem, jest to dla mnie czymś normalnym.

Jaki potencjał w tym momencie tkwi z zawodnikach twojego klubu?
Kilkoro moich zawodników od kilku lat jest powoływanych do Kadry Narodowej i reprezentuje nasz kraj na najważniejszych zawodach amatorskich czyli Mistrzostwach Świata i Europy. Są to zawodnicy o dużych potencjalnych możliwościach. Jednakże w porównaniu do klubów z dużych miast ćwiczących mamy znacznie mniej. Wiadomym jest, że w większej populacji drzemie większy potencjał. Jest większa możliwość wyłonienia utalentowanych i pracowitych zawodników.

Czy przychodzą takie momenty w twojej pracy trenerskiej, że masz wszystkiego serdecznie dość? Co wtedy dzieje się w Tobie?
Każdy ma w swoim życiu, pracy czy jakiejkolwiek działalności lepsze i gorsze chwile. Jeżeli w coś wkładasz dużo pracy, angażujesz się emocjonalnie, wkładasz w to serce, a coś nie wychodzi, jeżeli nie zawsze znajdujesz zrozumienie, jeżeli realizujesz konsekwentnie jakiś plan i tuż przed osiągnięciem celu coś się rozsypuje, jeżeli zawodnicy w szczytowej formie, z którymi wiążesz konkretne plany z dnia na dzień odchodzą i idą swoją drogę to czasami przychodzi refleksja, czy to co robisz ma sens. Przychodzą myśli, żeby zacząć to robić może bardziej komercyjnie albo skierować swoją energię zupełnie na inne tory. Ale póki co nadal mam motywację, ażeby kontynuować to, co do tej pory.

Czy czujesz wsparcie ze strony zawodników, rodziny, znajomych czy władz lokalnych?
Tak, oczywiście! Wsparcie odczuwam, ale chciałbym, ażeby było dużo większe. Chyba każdy ma takie pobożne życzenie. Rodzina akceptuje to co robię i cieszy się z sukcesów moich podopiecznych. Władze lokalne w miarę możliwości wspierają klub finansowo, choć nie zaspakaja to potrzeb jakie mamy. Zaś co się tyczy zawodników, to przede wszystkich chciałbym, ażeby rzetelnie podchodzili do tego, co robią i byli uczciwi w szerokim tego słowa znaczeniu. Niestety, coraz częściej młodzież podchodzi do wszystkiego bardzo pragmatycznie, patrząc zazwyczaj na wymierne korzyści, jakie może osiągnąć. Niemniej jednak są osoby, które mi bardzo pomagają. W pierwszej kolejności mam tu na myśli moją najbardziej utytułowaną zawodniczkę – Iwonę Nierodę – która poza tym, że ma kilkunastoletnie zawodnicze doświadczenie, posiada również wiedzę merytoryczną ( jest magistrem wychowania fizycznego) i w razie potrzeby z powodzeniem może mnie zastąpić na treningu czy zwodach. Ale przede wszystkim Iwona zajmuje się tym, czego ja nie potrafię robić dobrze – zajmuje się promocją klubu w szerokim tego słowa znaczeniu.

Twoim największym sukcesem trenerskim jest?
Jeśli chodzi o sukces sportowy jest to amatorskie Mistrzostwo Świata Iwony Nierody. Pomimo, iż zawodowe mistrzostwo Świata niektórzy odbierają jako bardziej prestiżowe, to ja uważam, że trudniej przygotować się do amatorskich MŚ. Tym bardziej, że przed mistrzostwami nie wiadomo z kim będzie się walczyło. Ponadto trzeba utrzymać najwyższą formę przez kilka dni i wygrać wszystkie walki, często walcząc z kontuzjami odniesionymi we wcześniejszych pojedynkach.

Co czujesz gdy twoi zawodnicy wychodzą do ringu?
Za każdym razem są to duże emocje, obawa nie tylko o wynik walki, ale również o zdrowie i bezpieczeństwo zawodników. Każdy pojedynek podopiecznych to stres dla trenera. Wychodząc do ringu z zawodnikami mniej doświadczonymi, kiedy niewiadomych jest więcej, stres z reguły jest również większy. Oczywiście im stawka pojedynku jest wyższa, również i emocje z tym związane są większe.

Masz za sobą dwanaście lat z „Diamentem”. Powiedz nam jakie chwile z tego okresu wspominasz najmilej, a jakie najgorzej?
Jeśli chodzi o te najgorsze, to nie chcę do nich wracać. Powiem tylko tyle, że niekoniecznie są to porażki na zawodach. Jest wiele chwil, do których wracam myślami i miód spływa do serca. Jednoznacznie trudno mi wybrać konkretną sytuację i powiedzieć „to ta najmilsza chwila”. Niemniej jednak najbardziej przeżyłem, oczywiście w sensie pozytywnym, pierwszy złoty medal na Mistrzostwach Świata Juniorów Full Contact Iwony Nierody.

Jakie jest twoje aktualne, trenerskie marzenie?
Mimo, że jestem już dorosłym chłopcem (52 lata) i po ziemi stąpam raczej mocno, to marzeniami żyję ciągle. Są to marzenia sportowe ale również nie związane ze sportem. Ale nie mówmy o nich. Jeżeli mówi się o marzeniach rzadziej się spełniają (śmiech).

Czego nauczyłeś się na przestrzeni kilkudziesięciu lat bycia trenerem?
Sport, a szczególnie sporty walki uczą pokory i dystansu do życia. Nigdy niczego wartościowego nie otrzymasz za darmo. Nigdy nie można być pewnym osiągnięcia sukcesu, dopóki to nie nastąpi. Nic nie masz na zawsze. Bardzo trudno zdobywa się tytuł mistrzowski, ale jeszcze trudniej broni. Porażki więcej uczą niż zwycięstwa, tylko trzeba umieć z nich wyciągać wnioski.

Czy znasz podobne, kickboxerskie kluby w Polsce, które mają prawo bytu w tak małych miejscowościach jak Pstrągowa i na dodatek odnoszą spore sukcesy na arenie międzynarodowej?
W Polsce ciągle powstają nowe kluby kickboxerskie, w małych miejscowościach również. Znam takie choć jest ich niewiele. A co do sukcesów, wiele czynników na nie wpływa. Trzeba mieć również trochę szczęścia, więc sukcesów nie należy porównywać.

Dzięki wielkie za rozmowę, a przede wszystkim za poświęcony czas.
Dzięki. Pozdrawiam wszystkich sympatyków kickboxingu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*