“Jestem wdzięczny mojemu trenerowi Januszowi Janowskiemu. Nasz związek jest trudny, ale taki ma być. ” Paweł Jędrzejczyk – wywiad

Wywiad ukazał się w pierwszym numerze FightExpert Magazine. Zapraszamy do lektury.

Paweł Jędrzejczyk z Wrocławia to jeden z najaktywniejszych w ostatnim czasie polskich zawodników kickboxingu i Muay Thai. W całej swojej karierze walczył 23 razy i tylko cztery razy musiał uznać wyższość rywala. W ciągu ostatnich 2 lat stoczył 5 zawodowych walk i we wszystkich triumfował. Z tych pięciu pojedynków dwa stoczył poza granicami Polski, w tym jeden z Tajem na tajskiej ziemi. Zapraszamy do zapoznania się z rozmową, którą przeprowadziliśmy z Pawłem podczas jego pobytu w USA. Trenował tam przez kilka tygodni w klubie Blackzillians z takimi sławami jak Tyrone Spong czy Robin van Roosmalen. Paweł mówi o Tajlandii, o swoim podejściu do pojedynków z Polakami i o tym, jak godzić obowiązki przedsiębiorcy z powinnościami zawodnika.

Łukasz Czarnowski: Jaka jest tajemnica sukcesu Pawła Jędrzejczyka? Co daje Ci motywację do ciężkich treningów i pokonywania kolejnych barier?
Paweł Jędrzejczyk: Odnosząc się do wstępu chciałem powiedzieć, że ze wszystkich zawodowych pojedynków przegrałem tylko jeden, ten z Egipcjaninem w 2010 roku. Chciałem rewanżu, ale zawodnik jest nieaktywny. Pozostałe porażki, to ta ze starego Lumpinne, za którą niedawno zrewanżowałem się Anglikowi (wygrana z Garethem Nellies z lutego tego roku) i dwie z Tajami na tajskiej ziemi. Tam nie można mówić o przegranej, pojedynki są w Internecie – to wszystko można obejrzeć i samemu ocenić. Werdykty w Tajlandii rządzą się swoimi prawami. Wracając jednak do sedna pytania… Powiem krótko – chcę być najlepszy, to jest moja motywacja!

Walczyłeś zarówno na legendarnym stadionie „Rajadamnem„ jak i na, nie mniej znanym „Lumpinee„ w Bangkoku. Jesteś też pierwszym zawodnikiem z Polski, który zwyciężył na „nowym Lumpinee”. Skąd u Ciebie takie zamiłowanie do Tajlandii? Co powoduje, że „Wergi” ciągle tam wraca?
Uwielbiam ten kraj, jego klimat, tradycje i walki tam. Jeżdżę tam od dziecka, gdy jeszcze ludzie nie wiedzieli gdzie to jest. Teraz prawie każdy już tam był, ale pamiętajcie, że 2 tygodnie w dobrym hotelu nie oznacza, że ktoś poznał Tajlandię. I nie poznał jej też ten, kto poleciał na typowo „turystyczne” wyspy, gdzie przy okazji są też gymy dla turystów. Walki Muay Thai są tam na najwyższym poziomie i na prawdziwych zasadach z łokciami. Muay Thai bez łokci to nie Muay Thai!

W przeszłości wielokrotnie brałeś udział w amatorskich Mistrzostwach Polski. Od dłuższego czasu skupiasz się na swojej zawodowej karierze K-1 i Muay Thai. Ostatni zawodowy pojedynek z polskim rywalem stoczyłeś w 2009 roku. Łącznie, spośród 23 walk, tylko dwa razy mierzyłeś się z innym Polakiem. Jesteś przeciwny konfrontacjom z Polakami? Czy wynika to po prostu z braku sensownych propozycji? Szczególnie że kategorie wagowe 77-81 kg w Polsce są bardzo mocno obsadzone.
Mówisz o trzech różnych dyscyplinach sportu. Rzeczywiście amatorska rywalizacja jest w Polsce mocna. W tej odnosiłem sukcesy i kilka razy bylem Mistrzem Polski, miałem medale na Mistrzostwach Świata i Europy różnych organizacji. Jeśli chodzi o rywalizację zawodową w K1 i Muay Thai to nie miałem żadnych sensownych propozycji. Zawodowe walki w K1 toczy i wygrywa niewielu. Mówię tu o prawdziwej rywalizacji, a nie tej półzawodowej. Jest Paweł Biszczak, Radosław Paczuski i Stanisław Zaniewski. Ze Staszkiem mieliśmy walczyć już kilka razy, ale terminy się zawsze nie zgadzają albo on gdzieś walczy, albo ja. Z Pawłem pomagamy sobie przy swoich pojedynkach i nie widzę większego sensu takiej walki. Inaczej gdyby bardzo, ale to bardzo chcieli jej kibice, wtedy za odpowiednią kwotę moglibyśmy walczyć „koleżeńsko„ przez kilka minut, tak jak to bywa na sparingach – to tylko sport. Radek walczył kilka razy z dobrymi przeciwnikami, w tym z Arturem Kyshenko i wi-dać, że chłopak nie boi się wyzwań. Pytasz jeszcze czy boje się Polaków, bo z nimi nie walczę? Nie, nie boję się nikogo, nie boje się nawet porażki. Po prostu nie widzę sensu takich walk, celuję wysoko. Aerts zakończył niedawno karierę – zapamiętasz go jako kogoś, kto kilka razy leżał na deskach czy jako wielkiego mistrza, który toczył wielkie boje? Padał… i wstawał. Ja jestem na to gotowy i niedługo udowodnię to po raz kolejny. Jeśli chodzi o trzeci sport, czyli Muay Thai to nie widzę nikogo w Polsce w mojej kategorii wagowej, kto mógłby ze mną wygrać na prawdziwych, pełnych zasadach Muay Thai z prawdziwym sędziowaniem. Oczywiście pół Polski się pewnie teraz obrazi, ale mam to gdzieś. Nikt w mojej kategorii wagowej nie toczył takich walk Muay Thai jak ja i teoretycznie, jest tak jak mówię. Pamiętaj, że szanuję zawodników, którzy walczą. Jest wielu, którzy są naprawdę dobrzy i jak niczego nie spieprzą będą święcić wielkie triumfy. Ja idę własną drogą. Nie startuję na Mistrzostwach Polski, bo i po co? Swoje już tam, w swoim czasie zrobiłem. To inny sport – punkty na maszynkach – wiadomo, też ciężko, ale inaczej. Idę swoją drogą i zobaczysz, że to dobra droga.

Wracając jeszcze do walki z Tajem – F16 Rajanontem na gali Max Muay Thai – jakie uczucia z Twojej strony towarzyszyły tej walce? Strach przed… euforia po? Czy było ich więcej i te uczucia były bardziej złożone?
”Fear is a liar…” (śmiech) oczywiście zawsze jest jakaś obawa przed, każdy czuje strach, a ten, który mówi że nie, to kłamie. Wiesz, jaka jest różnica między tchórzem i człowiekiem odważnym? Obaj czują to samo tylko człowiek odważny potrafi nad strachem zapanować (cytat z Cusa D’Amato – nieżyjącego już, pierwszego trenera Mike’a Tysona – dop.red). Lata praktyki i praca z psychologiem nauczyły mnie, jak sobie radzić z presją, strachem… i hejterami. Mam też swoich bohaterów, na których się wzoruję, obserwuję i uczę się. Euforia po wygranej walce to coś nie do opisania, to coś, co każe wracać mi na ring, zostawiać rodzinę i jechać na drugi koniec świata. To piękne uczucie, gdy wygrywasz i wiesz, że twoja ciężka praca jest coś warta!

To już ponad 15 lat walk, zwycięstw, porażek, zwątpień i trudnych momentów. Co tak doświadczony zawodnik może wskazać jako najtrudniejszą rzecz, bądź przeżycie w całej swojej karierze?
Są kontuzje, momenty zwątpienia, źli ludzie, fałszywi przyjaciele… Przede wszystkim oni powodują, że tracisz czasem chęci. Ale to cię też wzmacnia. Stajesz się coraz mocniejszy. Radzę sobie w ringu i z tym całym bajzlem dookoła, to poradzę sobie ze wszystkim. Mówię to, co myślę. Kiedyś się tego bałem. Sport kształtuje charakter i ciebie jako człowieka. Cieszę się, że to wybrałem. Poznaje wciąż nowych ludzi, moje życie to jedna wielka przygoda.

Poza tym, że jesteś zawodnikiem zajmujesz się też biznesem. Kiedyś powiedziałeś mi, że nie walczysz by zarabiać, bo nie musisz. Walczysz, bo to kochasz. Trudno jest chyba jednocześnie zarządzać przedsiębiorstwem i walczyć? Zdarzają się sytuacje, że wychodząc do ringu myślisz o problemach firmy? Jak sobie z tym radzisz?
Prowadzę własną firmę. Nie utrzymuje się ze sportu, nikt w Polsce się nie utrzymuje z kick-boxingu. MMA to co innego. Potrafię to wszystko dobrze zorganizować, mam sztab ludzi, którzy mi pomagają i pracują dla mnie. Jestem dobrym, ale i surowym szefem, tak musi być. Jeśli chodzi o wpływ problemów firmy na walki i ich przebieg to jestem profesjonalistą i tak jak mawiał mój men-tor Arnold: „Wytrenowałem w sobie ten chłód, nawet gdy w dniu zawodów ukradną mi auto – I don’t care, nie ma to znaczenia, zaśmieje się tylko i zajmę się tym po turnieju. Wcześniej i tak nic to nie zmieni”. Mam taką samą wizję na wpływ problemów „dookoła” na sport jak on.

Nawet w tak indywidualnym sporcie, jak sporty walki nie da się odnieść sukcesu całkiem w pojedynkę. Jest ktoś, komu jesteś wdzięczny za sukcesy odniesione w ringu?
Jestem wdzięczny mojemu trenerowi Januszowi Janowskiemu. Nasz związek jest trudny, ale taki ma być. Zawsze potrafi naprowadzić mnie na dobrą drogę – chce żebym wygrywał. Wszystkie swoje sukcesy odnosiłem przy nim. To wiele lat i cała ewolucja naszego teamu, długo by opowiadać. Jeżdżę po świecie po różnych gymach, sparuje z dobrymi zawodnikami, ale mój port jest tam, gdzie się wszystkiego nauczyłem. Jest w Puncherze. Są jeszcze moi rodzice, którzy mnie wspierają i oczy-wiście moja kochana żona – spokój w domu, miłość i wsparcie to połowa sukcesu!

Dziękuję za przybliżenie mi i czytelnikom swojej osoby Pawle. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz dane mi będzie rozmawiać z Tobą, choćby o kolejnych sukcesach i planach na przyszłość. Jeśli chcesz przekazać coś fanom sportów walki, czytelnikom FightExpert Magazine lub po prostu kogoś pozdrowić to śmiało!
Pozdrawiam czytelników FightExpert Magazine i wszystkich kibiców sportów walki. Młodym zawodnikom mówię: nie dajcie sobie wmówić że jesteście za słabi, ja sobie nie dałem! Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za rozmowę.

Łukasz Czarnowski

[FightExpert Magazine nr 1]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*