“(…)pozostaje artystą sztuk walki. Lubię to określenie. Wykracza ono poza sport, a tak zawsze traktowałem drogę, którą w życiu idę.” – wywiad z Markiem Piotrowskim

0
137

Rozmawiała: Iwona Nieroda, wywiad ukazał się w drugim numerze magazynu FightExpert

Urodzony: 14.08.1964 r., kat. wagowa: 81 kg, 85 kg Żywa legenda polskiego kickboxingu, prawdziwy wojownik z ogromną wolą walki, człowiek, który podbił Amerykę. Dziewięciokrotny Mistrz Świata zawodowców w kickboxingu, Mistrz Świata amatorów, zdobywca Pucharu Świata, Mistrz Polski w kickboxingu i karate kyokushinkai. Stoczył 44 walki w kickboxingu przegrywając tylko dwie, 21 walk bokserskich bez porażki, 13 walk w karate kyokushinkai także bez porażki. Przez amerykańskich fachowców dwukrotnie został uznany „Kickboxerem Roku”, a przez amerykańską prasę jednym z dwóch największych fighterów lat 90-tych.

Iwona Nieroda: Zacznijmy od początku. Najpierw było jiu jitsu, potem karate kyokushinkai, następnie przyszedł czas na kickboxing, ale była też przygoda z boksem. Sporo tego, jak na jednego człowieka nie sądzisz?
Marek Piotrowski: Trudno mi to ocenić. Jiu jitsu to taki wstęp. Mama zapisała nas (mam dwóch braci) na kurs jiu jitsu. Potem chęć zgłębiania obranego kierunku doprowadziła mnie tam gdzie ćwiczyli karatecy stylu kyoku-shin, co oznacza prawdę ostateczną, ekstremalną. Zaraziłem się tą ideą. To z nią wszedłem, kilka lat później na salę kickboxingu, a potem na bokserski ring. Tak poznawałem siebie, otrzymując odpowiedzi na stawiane sobie pytania.

Wiele osób zna Twoją historię m.in. z filmu „Wojownik”, ale mało kto wie, jak to się stało, że zacząłeś trenować kickboxing? Kto lub co sprowadziło Cię na salę treningową?
Szukałem rozwoju. Kickboxing wydawał mi się formułą pełniejszą, wymagającą wszechstronnego wyszkolenia. Nie chciałbym urazić przedstawicieli innych form walki. Mówię o swoich uczuciach, tęsknotach.

Przygodę z kickboxingiem rozpocząłeś w 1987 roku. W tym samym roku wywalczyłeś mistrzostwo kraju w formule wtedy jeszcze w Polsce zakazanej, czyli full contact. Wygrałeś Puchar Świata i zostałeś uznany najlepszym zawodnikiem turnieju. Zdobyłeś także tytuł amatorskiego mistrza Świata. Jak tego dokonałeś? Talent, ciężka praca, szczęście? Wygrać tak dużo w jeden rok?!
Chronologiczna kolejność była trochę inna. Na sali, gdzie ćwiczyli kickboxerzy znalazłem się jesienią 1986 roku. To wtedy zacząłem trenować w Liceum Ogólnokształcącym PAXu w Warszawie, pod kierownictwem Andrzeja Palacza. W 1987 roku ruszył cykl zawodów, mający wyłonić reprezentację na Mistrzostwa Świata w Monachium. W maju tego samego roku wystartowałem po raz pierwszy, wygrywając turniej na warszawskim AWF. Potem kolejny w Krakowie. Zakwalifikowałem się do kadry przygotowującej się do wyjazdu na Mistrzostwa Świata w Niemczech. Moja dyspozycja w cyklu zgrupowań zapewniła mi miejsce w reprezentacji. W październiku 1987 roku wystartowałem w Monachium, gdzie po wygraniu czterech turniejowych walk zostałem Mistrzem Świata w kategorii do 81 kg. W grudniu 1987 roku zostałem zdobywcą Pucharu Świata, który miał miejsce w Budapeszcie startując w kategorii do 75 kg. Zostałem uznany najlepszym zagranicznym zawodnikiem turnieju, za co otrzymałem samochód Łada. Bogaty sezon 1987 roku zakończyłem zostając mistrzem Polski w Krakowie.

Kogo w Polsce uważałeś za godnego rywala? Walczyłeś m.in. z takimi zawodnikami jak św. pamięci Andrzej First oraz św. pamięci Józef Warchoł?
Byłem wtedy mistrzem Świata, byłem także najlepszy w Polsce. Tym niemniej musiałem być czujny. Opozycja była coraz mocniejsza. Podczas ostatniej walki przed wyjazdem do Stanów, w Koszalinie wygrałem na punkty pięciorundową walkę z Józefem Warchołem. Pamiętam, że bardzo chciałem wygrać przed czasem ten pojedynek. Nie dałem rady. Uważam, że dominowałem wtedy, ale Józka postawa spowodowała, że po tamtym boju głowę mógł nosić wysoko.

Dość szybko dostałeś propozycję wylotu do Stanów Zjednoczonych. Nie zastanawiałeś się chyba długo?
Wcale się nie zastanawiałem. Wyjazd do Stanów stwarzał szansę realizacji marzeń. Po zdobyciu Mistrzostwa Świata amatorów w rozmowach z dziennikarzami otwarcie mówiłem o pragnieniu konfrontacji z najlepszymi na świecie. Byli nimi kickboxerscy profesjonałowie. Kierunek był jasno określony, choć formalnie trudny do realizacji.

Czy żałowałeś, że opuściłeś Polskę? (momentami; teraz, z perspektywy czasu).
Łamało mi się serce, ale miałem bardzo konkretne marzenia, które nie byłyby możliwe do realizacji, gdybym pozostał w kraju.

Co dał Ci wyjazd do Stanów?
Realizację planów, które miałem w głowie. Może nie w takim stopniu jak kreowała to moja wyobraźnia, ale… realizm i fantazja, mają odmienne ścieżki.

Pokonałeś wielu światowej klasy zawodników m.in. Rickiego Roufusa, Dona Wilsona, Boba Handegana, Boba Thurmana, Neila Singeltona, Lowella Nasha, Larrego Mc Faddena, Marka Longo. Który z nich był twoim najgroźniejszym rywalem?
Do wymienionych nazwisk dołączyłbym Javiera Mendeza i Mike’a Winklejohna, to znani dziś trenerzy MMA, a wtedy mistrzowie kickboxingu. Wracając do twojego pytania, to myślę, że Rick Roufus. To nieprzewidywalny zawodnik i zagadkowy człowiek. Nasze style walki były kontrastowo różne, a osobowości odmienne jak dzień i noc.

Z której swojej walki jesteś najbardziej dumny?
Trudno jest mi wybrać. Roufus, Wilson, prawdziwe gwiazdy. Javier Mendez szczególnie z perspektywy jego wielkiej rozpoznawalności w świecie MMA, jako obecny, czołowy trener zawodników tej dyscypliny. Także pokonanie Mike’a Winklejohna było czymś szczególnym na mojej drodze. Walka była stoczona w przepisach orientalnych dopuszczających low kick oraz kopnięcia kolanami. Jako pierwszy Polak zdobyłem tytuł mistrza Świata na tych zasadach. Po dotkliwej porażce z Kamanem w Paryżu było to w pewnym sensie odkupienie. Przynajmniej częściowe. Tyle walk, nie wiem. Myślę, że trzeba spojrzeć na całość. Innymi słowy, nie wybiorę jednej. Chociaż mam jeden, szczególny sentyment. Hollywood i walka z Bobem Thurmanem. Tam wszystko było jak w amerykańskim śnie. Magiczne Hollywood, na widowni gwiazdy amerykańskiego filmu i świata rozrywki. Walka sama w sobie wymarzona. Ja często grymaszę. Tu nie bardzo było się do czego przyczepić. Tak, to najbardziej optymistycznie nastrajający na przyszłość występ.

A która walka była dla ciebie najtrudniejsza?
Z pewnością pojedynek z Robem Kamanem w Paryżu, który miał miejsce jesienią 1992 roku. To jedyna walka, w której byłem zdominowany. Po prostu, na tamten moment, to była za wysoka półka. Nie myślę tylko o low kicku. Po prostu Rob Kaman był wtedy w szczytowej formie, w najbardziej korzystnym dla siebie okresie. Ulegała mu cała Europa, wraz ze znokautowanym Ernesto Hoostem, Ameryka i Azja również, gdzie był wielką gwiazdą.

Wstydzisz się jakiegokolwiek stoczonego pojedynku?
Nie, zawsze dawałem z siebie wszystko. Trenowałem uczciwie, z pasją. Moje podejście było oparte na uczciwości do siebie.

Po walce z Robertem Kamanem powiedziałeś, że znalazłeś się na dnie. Odbiłeś się z niego? Jak szybko to nastąpiło?
Tak uważam. Osiem miesięcy po walce z Kamanem, w Montrealu, wygrałem z kanadyjską gwiazdą Michaelem McDonaldem. Zrobiłem to z wykluczoną w pierwszej rundzie prawą ręką. Rok po walce z Robem zdobyłem mistrzostwo Świata w przepisach orientalnych wygrywając z Mike Winklejohnem, pół roku później pokonałem Javiera Mendeza na jego rodzinnej ziemi — w San Jose, na oczach całej widowni pay-per-view. Dokładając do kickboxerskiego dorobku dwadzieścia jeden wygranych walk w boksie oraz otrzymanej propozycji walki z Reegie Johnsonem o MŚ IBF uzurpuję sobie prawo do uznania siebie za odkupionego.

Przegrałeś tylko dwie walki w swojej karierze. Którą porażkę zniosłeś gorzej? Tą z Rickiem Roufusem czy Robertem Kamanem?
Z Roufusem, to była pierwsza porażka i bardzo boleśnie ją odebrałem. Nie udało się doprowadzić do rewanżu, o jakim marzyłem.

W filmie dokumentalnym „Wojownik”, który mówi o twojej karierze jeden z dziennikarzy sportowych powiedział,że przed pierwszą walką z Rufusem z twoich ust padły szokujące słowa: „Gdyby ktoś powiedział Ci, że wygrasz ten pojedynek, ale zaraz po czeka Cię fatalny koniec, lub gdybyś przegrał i musiał żyć ze świadomością porażki to, co wtedy?”. Jakie deklaracje tam padły? Pamiętasz?
Tak pamiętam, tak jak tamte dni. Nigdy nie miałem tak wielkiego pragnienia zwycięstwa i poczucia stania na krawędzi przepaści. W takich momentach czujesz, że żyjesz, choć nie wiesz ile to będzie trwało. Pierwsza walka z Roufusem to kamień milowy na mojej drodze. Gdybym wtedy przegrał, moje życie mogłoby mieć kompletnie inny przebieg. Trudno wyrokować. W owym dniu – 19 sierpnia 1989 roku, rok i jeden dzień po postawieniu stopy na amerykańskiej ziemi dokonałem wyjątkowej rzeczy.

Który ze zdobytych tytułów Mistrza Świata smakował najbardziej?
Każdy ma swój unikalny smak, osobną historię, inne okoliczności. Każdy tytuł, każda walka to klocek w wielkiej układance życia. Nie wybiorę.

Jakim kickboxerem był Marek Piotrowski?
Zostając przy samej technicznej ocenie na pewno zawodnik ofensywny, dobrze wyszkolony technicznie, niezwykle wytrzymały, ambitny. Pasjonat.

A jakim jest teraz?
Dzisiaj Marek Piotrowski nie jest zawodnikiem. Jest instruktorem, pozostaje artystą sztuk walki. Lubię to określenie. Wykracza ono poza sport, a tak zawsze traktowałem drogę, którą w życiu idę.

Czego brakuje Markowi Piotrowskiemu do pełni szczęścia?
Na pewno zdrowia, na inne cele chciałbym mieć szansę zapracować. Brakuje mi treningu, prowadzenia zajęć, normalnego snu, płynności normalnej wypowiedzi.

Jakie są twoje marzenia?
Marzenia buduję wokół zdrowia. Mam wiele planów. Ich realizacja wymaga normalnego stanu. Brak takiej sytuacji mogę potraktować jako życiową klęskę. Może z tym przyjdzie mi żyć. Nie wiem jak to przyjmę, ale będę się starał o ukrycie żalu, bólu, cierpienia. W życiu jak w walce nie wolno pokazywać słabości.

Zrobiłeś rachunek zysków i strat? Nie żałujesz drogi, jaką wybrałeś?
Nie, to moje życie, mój największy skarb. Pamiętasz? Walczę o nie.

A czy żałujesz jakichś decyzji w swoim sportowym życiu?
Kilku. Przygotowań do walki z Kamanem – można to było mądrze zrobić. Braku rozgrzewki w walce z McDonaldem, ale tu zaciążyła obecność telewizji i presja z ich strony. Nie zdążyłem, nie wiedziałem, że tak szybko wejdę. Jest jeszcze parę rzeczy, które zachowam dla siebie.

Teraz z innej beczki. Czy nie uważasz, że kickboxerzy to poniekąd świry, masochiści, dziwacy?
Nie mogę tak uważać, bo należę do tej grupy. Chociaż w żartobliwym tonie, niejednokrotnie tak mówię. Kickboxerzy i inni przedstawiciele dyscyplin z grona sportów/sztuk walki to na pewno grupa specyficzna. Z drugiej strony każda społeczność ma swoją odrębność i charakterystykę.

Czy w kickboxingu można odnaleźć sens życia? Czy ty go odnalazłeś?
Ja znalazłem sens w podążaniu drogą walki. To zawiera element kickboxingu. Wszystkie dyscypliny miały wpływ na moją osobowość i moje życie. Dyscypliny walki utworzyły ze mnie człowieka, jakim dziś jestem. Odpowiedź brzmi tak. Nie zamieniłbym tej drogi na żadną inną.

Lubisz samotność?
Człowiek to istota społeczna. Samotność nie jest dobra, ale bywanie samemu jest niezbędne dla higieny duchowej. Kto nie umie, powinien nauczyć się bywania w izolacji. Czasem trzeba się wsłuchać w siebie. Lubię bywać samemu, ale nie chcę być samotny.

Kickboxerem się po prostu jest, a sportowcem wyczynowym się bywa. Zgodzisz się z tymi słowami?
W kontekście swojej osoby trochę inaczej bym to ujął, ale coś w tym jest.

Więc pociągnę temat dalej. Jak byś więc to ujął?
Kickboxing to dyscyplina zajmująca się walką. Z jednej strony to walka z przeciwnikiem, rywalem, walka o zwycięstwo. Jest też druga strona. Walka z bólem, strachem, lękiem przed kompromitacją. W dziedzinie walki porażkę odczuwasz bardzo osobiście i miewa ona dotkliwy, fizyczny wymiar. Z tego powodu dyscypliny walki muszą zmieniać człowieka. Jeśli dasz im na to czas i masz dobrego przewodnika, trenera, mentora. Innymi słowy kickboxerem też można bywać. Można też nim być. Na całe życie i poza ringiem.

Co dały Ci porażki? Czy czegoś Cię nauczyły?
Pokory, hierarchii wartości, tego, jak ważne dla mnie jest to, czemu oddałem swoje życie.

Wstań i walcz! To twoje życie, twój największy skarb”. Piękne słowa! Możesz rozwinąć tę myśl?
Nigdy się nie poddawaj, nigdy nie rezygnuj wbrew temu, co dzieje się wokół ciebie. Musisz iść drogą, którą wybrałeś i wierzyć, że i dla ciebie zaświeci kiedyś słońce. Kochaj swoje marzenia, uświęcaj je pracą, ciesz się każdym sukcesem, wyciągaj wnioski z niepowodzeń. Ucz się, nie ustawaj w rozwoju. Kochaj życie, traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany. Bądź wierny sobie, swoim obietnicom, marzeniom, planom. Pamiętaj, jesteś u siebie, ale inni też tu mieszkają. Rozmawiaj, słuchaj, kochaj. Miłość istnieje. Nie bądź cyniczny wobec niej.

Czy są jacyś młodzi kickboxerzy, których karierę śledzisz?
Są, coraz uważniej przyglądam się polskiej scenie sportów/sztuk walki.

Czy chciałbyś coś przekazać kickboxerom i czytelnikom Fight Expert na koniec naszej rozmowy?
Powtórzyłbym to, co wyraziłem, gdy pytałaś mnie o ideę „Wstań i Walcz”.

Marku bardzo dziękuję Ci za poświęcony czas. Rozmowa z Tobą to sama przyjemność. Jeśli chcesz, na koniec naszej rozmowy możesz kogoś pozdrowić.
Pozdrawiam wszystkich czytelników.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*